Tłusta świnka,która chce na aerobik

No i co… Miało być odchudzanie,a jest tłusta dupa i brak osiągnięć… Ok, muszę przyznać że branie leku rano zamiast wieczorem przyniosło pewien efekt i mogę się obejść bez słodyczy naprawdę długo. Ale co z tego jak przychodzą dni przed okresem gdzie po prostu bez czekolady się nie da. Fakt, w tym cyklu puki co czuje się naprawdę dobrze. Nie mam zawrotów, nudności, migreny, nie jest mi słabo. Myślę że stosowanie leku na cukier rano + branie luttagenu jakoś jednak pozytywnie podziałało. Mam nadzieję,że podziała jeszcze na długość cyklu i okres przyjdzie za kilka dni. Brałam idealnie od 15dc przez 10dni i teraz w ciągu tygodnia-dwóch powinno się coś ruszyć.
A jeśli chodzi o ćwiczenia i dietę to mam wielka ochotę powrotu na taniec albo jakiś aerobik,ewentualnie faktycznie wykupić trenera personalnego. Generalnie chce się poruszać,ale w jakiś zorganizowany sposób – ewentualnie zacząć się ruszać zorganizowanie i złapać ten rytm ćwiczeń na samodzielne wyprawy na fitness. Trzeba to jakoś ogarnąć bo widzę po sobie że inaczej to będę tylko tyć i tyć

Jak nie słodycze to chipsy…czy to się kiedyś skonczy

Ile razy jeszcze napiszę,że nie wyszło,że się podałam,że nie widzę sensu,że zawaliłam. Prawda jest niestety smutna,że moja silna wola jest bardzo słaba. Znowu dobrze się zaczęło i jakoś nie może trwać. Tzn generalnie jestem z nas dumna bo jedliśmy naprawdę o wiele lepiej niż wcześniej,ale teraz nadszedł mnie jakiś demon i prawie codziennie jadłam chipsy solone. Totalnie nie umiałam się opanować. O ile jakoś napoje gazowane przestały kusić o tyle te cholerne chipsy dają o sobie znać. A przecież już licznik pokazuje prawie 130kg, już kolana wysiadają…ale nie,bo przecież ta chęć na chipsy jest silniejsza… Jak żyć…

No to zaczęło się

No to zaczęłam. Po raz kolejny…Mam nadzieję ostatni. Wybrałam menu od ‚starej dietetyczki’,bo sprawdzone i nie ma dziwnych kwiatków jak u nowej (o której pewnie post pojawi się jak zakończymy współpracę).

Cóż więc dziś jadłam:
Śniadanie: jajecznica
2sniadanie: 440g jogurt typu greckiego
3sniadanie: trochę orzechów – tego nie powinno być w diecie,ale byłam głodna,a wiedziałam,że jak zjem obiad koło 13 to w pociagu będzie kicha
Obiad: gruby plaster własnoręcznie pieczonej szyki (wkład Pana Męża w diete) i do tego marchewka z groszkiem

Tyle było. Powinno być jeszcze jabłko i kolacja,ale nie wiem czy jabłko będzie,bo puki co głodna nie jestem. Na razie dzień uważam za udany,choć zjedzenie jogurtu było problematyczne że względu na jego charakterystyczną konsystencję. W którymś momencie poczułam też dość duży skok ciśnienia,no ale to same początki,wiec może tak być.
Jutro plan zapewne ulegnie modyfikacji,bo mam dzień wolny i mamy kilka spraw do załatwienia,ale na obiad z pewnością gdzieś się udamy i postaram się zjeść coś domowego.

Wizyta umówiona – nie ma przebacz

Jutro o 13:00 idę do nowej dietetyczki. Wiem, że wyjdzie tragedia jeśli chodzi o wagę, BMI i że będzie bura za jedzenie. Liczę jednak, że wizyta będzie owocna i dostanę dietę bez laktozową, bez glutenu i cukru… hmm… jakby logicznie pomyśleć to zostają same warzywa i mięsko :P Mam wielką nadzieję na dobre przepisy i dostosowane do mojego trybu życia posiłki. Teraz jak 3 razy jeżdżę do stolicy, a 4dni jestem w domu to już wogóle mi ciężko złożyć jedzenie w całość… pewnie będzie trzeba zrobić rozpiski na dni warszawskie i dni pabianickie… będzie zabawa ale muszę dać radę, bo inaczej mogę zapomnieć o dziecku i przywitać się z cukrzycą…

Szczere wyznanie

O tym ze mam IO i PCOS wiem od kwietnia 2012 roku. Czy wcześniej mnie to przejmowało? Nie. Czy robiłam coś żeby się spróbować pozbyć lub przynajmniej wyciszyć obie choroby? Nie. Czy wogole mnie interesowało co to jest i o co chodzi? Nie, uważałam że to po prostu jakaś choroba,która mam i tyle. Czy jakiś z lekarzy mi powiedział coś na temat którejkolwiek z chorób? Ależ skąd.
Tak naprawdę to zaczęło mnie to ruszać jak okres stał się nieregularny, jak weszłam na wagę i przeżyłam szok,bo nie sądziłam że ważę powyżej 100kg. No a już wogóle zaczęło mnie to interesować jak mimo dość regularnych starań o malucha ciągle się nie udawało. Wtedy pracował mnie pakiet Medicovera i kolejne wizyty u lekarzy – regularne wizyty u specjalistów, którzy zaczęli diagnostykę po raz kolejny,ale kompleksowo. I tak odbywałam wycieczki od diabetologów do endokrynologów i dalej ginekologów, dietetyków i kardiologów. Diagnoza potwierdzona – zespół metaboliczny: IO,  PCO, nadciśnienie, otyłość,  chondromalacja rzepek, wysoki lipidogram i kortyzol. Nie do końca jestem pewna czy problemów z tarczycą nie ma. Różne źródła mówią różnie o normach przy zespole,wiec tu byłabym ostrożna w osądzie czy w tej kwestii wszystko ok.
I co Malince dała ta wiedza… Ot znów po prostu wiedziała. Trochę na zasadzie ok,wiem i sama wiedza mi wystarczy. Wreszcie głos rozsądku się odezwał i powiedział – skoro można zwalczyć objawy przez schudniecie to schudnę. No i byłam na diecie trochę. Potem jakoś przestałam się przejmować dietą, wiec poszła w kąt. To było jakoś we wrześniu. Potem co jakiś czas mocne postanowienia – zacznę dietę, zacznę ćwiczyć… Wszystko kończyło się na deklaracjach. I tak waga poszybowała do 129,7. To mnie zmroziło. Postanowiłam zacząć świadomą walkę o siebie. Dzięki pewnej Dobrej Duszyczce w chwili obecnej zaczynam wnikać w bezglutenowy świat. Jestem zaopatrzona w ileś książek,które po kolei studiuję. Wiem już,że bezgluten w połączeniu z niskim IG powinien dać radę. Do tego trener personalny i więcej ruchu i powinnam wyjść wmiare na prostą.
Zaczynam. Nie od jutra,a już. Teraz  zaraz. I musi się udać!

O kompulsach i próbie walki z nimi

Córa marnotrawna wraca na łono bloga. Śmiechem żartem wiem,że zaniedbałam pisanie. Ciężko jest pisać o diecie kiedy jej nie ma. Oczywiście, mogłabym ściemniać że robię to czy tamto,ale po co? Co miałabym w ten sposób zyskać?
Prawda jest taka,że czuję ogromną potrzebę zmian. Umówiłam się już z Mężem, że zacznę trenować z trenerem personalnym i będę regularnie chodzić do dietetyczki. Rozważam jeszcze psychologa,bo niestety mam wrażenie,że problemy z kompulsami wywodzą się z młodych lat. Pamiętam, że wychodząc na podwórko żeby się bawić z innymi zabieralam pieniądze żeby jeszcze kupić sobie chipsy i zjeść je po kryjomu,tak żeby nikt nie widział. W domu zresztą też wyjadałam schowane słodycze, kiedy coś mnie stresowało. Potem stało się to przymusem – rodzice wychodzą-ja myszkuję po szafkach w kuchni. I już nie było jednej kostki czekolady tylko cała tabliczka. Nie jedna galaretka,a całe opakowanie. Mam wrażenie że dno osiagałam jedząc nierozpuszczoną polewę czekoladową. Q późniejszym czasie po prostu robiłam zapasy i chwałam po pokoju. Obecnie Pan Mąż wie że mam taki problem i jest o wiele lepiej. Wiem,że mogę z nim pogadać i nie muszę zajadać problemów,niemniej ten nawyk gdzieś jest. Ilekroć się posprzeczamy to pierwsze kroki kieruje ku lodówce i szafce ze słodyczami. Fakt, obecnie mamy mikro ilości słodyczy,wiec moje napady kończą się na kilku kabanosach czy bananach. Mechanizm pozostał. Najgorzej jest w pracy. Informacja o czymś pilnym do zrobienia czy o czymś co niby miało być zrobione mimo że było ustalone coś innego, staje się katalizatorem. Wtedy pojawia się ta ogromna potrzeba słodyczy. Jeśli nie zostanie zrealizowana od razu to przenosi się na drogę powrotną do domu. Nie zliczę ile razy wracając kupiłam nie jeden a kilka wafelków czy czekolad.
W chwili obecnej pewna Dobra Dusza edukuje mnie w zakresie diety bezglutenowej,bo to jest kierunek jaki z każdą przeczytaną książka staje się mi bliższy. Już udaje mi się zabierać do pracy koktajle warzywno-owocowe,które sycą na długo. Już przerzuciłam się na kasze i bezglutenowe makarony. Chleb pszenny zastępujemy kukurydzianym. Jemy więcej warzyw i owoców. Mam wrażenie że jest to nasza droga. Zobaczymy dokąd nas zaprowadzi…

Zaczynam po raz kolejny

Tym razem mam nadzieję naprawdę zmienić styl życia. Znów weszłam na wagę i przeżyłam szok… 127,9… Widzę, że jestem utyta, puchnę, źle się czuję.  Zaczynam nie od jutra tylko od dziś, od razu, od rana.

Pierwszy sukces – na czczo woda z cytryną i zamierzam kontynuować picie ciepłej wody z cytryną rano.

Kolejna fala postanowień

No dobra, czas wziąć się za siebie jeszcze raz na poważnie. Lektury o usuwaniu cukru z diety zamówione od Mikołajów. Część pożyczona od koleżanki, która dietetykę skończyła. Jak się dokształcę to może wreszcie skończy się problem braku koncepcji na kolacje i jakoś ogarnę kwestię pociągowego głodu. Oczywiście do tego powinny dojść ćwiczenia. Tylko z nimi jest mały  problem,a mianowicie kwestia przełamania wstydu. Dlatego zawsze lubiłam małe silownie, gdzie mogę dobrać godziny tak żeby np być sama. No bo jak ja mam ćwiczyć z laskami które już są fit. Ja w najobszerniejszych, często bezkształtnych,burych ciuchach żeby nie było widać aż tak bardzo wałków tłuszczu i te dziewczyny w kolorowych obcisłych ciuszkach często odsłaniających wyrzeźbione mięśnie. Czemu ja mam bezkształtne i bure?  Bo niestety nie jestem w stanie znaleźć sportowych damskich ciuszków w moim rozmiarze i dodatkowo sensownej cenie. W końcu nie inwestuje w ciuch na kilka lat,bo oczekuje że za kilka miesięcy owe ciuchy będą za duże. Wybieram więc męskie T-shirty – bo przynajmniej one dają komfort no i spokojnie znajduje rozmiar.

Odpuściłam :(

Malinka przyznaje że w ostatnim czasie totalnie odpuściła. Wpłynęła na czekoladowego przestwór oceanu, wóz nurza się w czekoladowości i jak łózka brodzi. Tak naprawdę to je wszystko od pieczywa począwszy a na czekoladzie z orzechami skończywszy. I czuje się coraz gorzej zarówno z faktem, że żre jak i z faktem że jej przybywa. Na liczniku już dawno minęła osiągnięty poziom, a obecny leci powoli w górę. Niestety już minęła magiczne 120kg. Malowanie pokoju uświadomiło jej jak bardzo jest zastana i jak mało może. Ok była chora, ale żeby po 3 kucnięciach była totalnie spocona to już przesada.

Tak naprawdę to chyba po prostu nie mam jedzenia idealnego, nie znalazłam czegoś co pasowałoby mi do jedzenia cały czas. Fakt, jajecznica na śniadanie jest super i to może na stałe gościć w menu. Obiad też jakoś ogarniam i spokojnie mogę nawet bez węgli wytrzymać, ale moje kolacje to istna porażka i nie umiem sobie z nią poradzić. Miałam w diecie rozpisane warzywa i produkt węglowodanowy. Ale że co? Sałatka z grzankami? Jak był sezon na kalafiora to wcinałam całego z zasmażki z bułki tartej. Kalafiory mi się już przejadły i chciałoby się coś innego zjeść… tylko co? Myślałam o koktajlu warzywnym, ale jakoś mnie nie przekonuje połączenie szpinaku z kiwi.

Wiem, że to jedzenie trochę rozregulowało mi cykl. Znów było fajnie po 28dni, nawet 26 się zdarzyło, a teraz mija 33 dzień i nic – tzn są symptomy, ale nie ma konkretu. Czyli jednak przybranie tych 3-4kg spowodowało więcej zła niż by się mogło wydawać. Bo w końcu co to są takie 3-4kg. Dla niektórych to koszmar bo tyle im brakuje do wagi idealnej, niektórzy powiedzą, że to przecież nic, bo waga ciągle się zmienia, a co to dla mnie znaczy… pewną porażkę ze słabościami? Porażkę silnej woli – właściwie to bardziej słabej niż silnej jak się okazuje. A wiecie co jest w tym momencie najśmieszniejsze….że osoby w pracy, które nie widziały mnie przez moje ostatnie 3 chorobowe tygodnie, twierdzą że schudłam i się wyszczupliłam. A ja nie wiem jak na to reagować skoro prawda jest zupełnie inna. Nie schudłam ale przytyłam, a jeszcze teraz przed teoretycznym okresem to już zdecydowanie mnie więcej niż mniej. Ale tak już jest od jakiegoś czasu, że co przytyję po schudnięciu to ludzie uważają, że jest mnie mniej.

Żeby nie było że tylko paplam jak to mi źle. Jest plan żeby poprosić koleżankę-dietetyczkę o pomoc w ułożeniu menu które bardziej będzie pasować mojemu węglowodanowemu zapotrzebowaniu i ogarnie temat kolacji i może w ogóle podpowie coś na menu. Po drugie – siłownia i to już nie jako slogan. Chciałabym się lekko uzależnić od ćwiczeń, bo wolę już ćwiczenia niż uzależenienie od słodyczy. Najbardziej motywuje mnie do tego moje jedno zdjęcie z pamiętnego wyjazdu na Bałkany. Ważyłam wtedy najmniej w swoim dorosłym życiu i wyglądałam naprawdę dobrze. Wiem tylko, że w pewnym momencie będzie taki czas, że będę potrzebowała pomocy psychologa w ogarnięciu mojego wyobrażenia o sobie. Pamiętam, że wtedy widziałam się wciąż jak osobę ważącą dużo powyżej 100, a było poniżej 95. Szczególnie różnicę widać było na brzuchu (ale to oczywiste) i na twarzy. Z okrągłej buzi zrobiła mi się trójkątna i bardziej wyraziste miała kości policzkowe. Brzuch też nie miał 2 oponek tylko w porównaniu do dnia dzisiejszego był po prostu płaski. Pokazałam ostatnio to zdjęcie przyjaciółce podczas babskiego weekendu i była w lekkim szoku. Pamiętam, że taka sylwetka to był efekt 3-4miesięcznej pracy na siłowni. Były to treningi z trenerem personalnym 2 razy w tygodniu + treningi własne (czyt. bieżnia i orbitrek) 3-4 razy w tygodniu.